Zdjęcie główne dodane przez Bogusława Nowaka do portalu Pexels (przedstawia zespół rzeźb Michała Batkiewicza na Rynku w Raciborzu)

Ludzie nie chcą więcej wydarzeń

Mieszkańcy mówią, że nic się nie dzieje, a ludzie kultury sygnalizują, że szybciej pracować naprawdę nie dadzą już rady.

Marketing kultury nie musi być trudny

naucz się jak wykorzystać Metodę Wniedoczasie w swojej pracy.

Ludzie nie chcą więcej wydarzeń1. Nigdy nie chcieli.

Chcą odpocząć od codziennej pracy, spotkać się ze znajomymi, wzruszyć się lub pośmiać. Chcą przeżyć wydarzenie, które będą mogli długo wspominać i którym będą mogli się chwalić. Chcą też, żeby ich dzieci mogły się rozwijać.

W jak bardzo absurdalnej sytuacji żyjemy w naszym sektorze, możemy sobie łatwo uświadomić, jeśli spojrzymy na niego z dwóch perspektyw: Mieszkańcy mówią, że nic się w ich miejscowości nie dzieje, a jednocześnie ludzie kultury w instytucjach i NGO sygnalizują, że szybciej i więcej pracować naprawdę nie dadzą już rady.

Według GUS w 2024 roku polskie domy kultury zorganizowały 276,6 tys. wydarzeń – o 2,3% więcej niż rok wcześniej – w których wzięło udział 35,2 mln uczestników. Rośnie produkcja, a uczestników na jedno wydarzenie jest mniej (w 2024 to ok. 127 osób na imprezę a rok wcześniej ok. 129,5).
Jak czytamy: „Teatry i instytucje muzyczne zorganizowały 60,5 tys. przedstawień i koncertów, w których uczestniczyło 12,2 mln widzów i słuchaczy. W porównaniu z 2023 r. liczba przedstawień i koncertów wzrosła o 2,3%, natomiast liczba widzów i słuchaczy zmniejszyła się o 0,8%”. Produkujemy więcej, a ludzie przychodzą rzadziej.2

Miary naszej pracy to miary produkcyjne, fabryczne, które nie nadają się do mierzenia kultury. Rządząca wszystkimi innymi miarami frekwencja mówi o tym, czy było dużo ludzi, a nie czy dobrze się bawili, wszystko słyszeli i mieli poczucie dobrze spędzonego czasu. Ale najgorszą miarą ze wszystkich jest zliczanie wydarzeń, bo mówi tylko, że się ktoś napracował – najczęściej po nic!

Ale skoro tak wiele produkujemy, to czy wiemy dla kogo i po co?

Dane i ich cele

Trudno szukać miar takich jak jakość życia, dostępność opcji spędzania wolnego czasu, odległość od najbliższego domu kultury, muzeum czy galerii sztuki, czas oczekiwania na dostęp do instytucjonalnych warsztatów. Choć przecież w warstwie deklaratywnej i strategicznej wielu miejscowości takie zapisy się już pojawiają wraz z ideą dostępu do usług publicznych w odległości 15 minut od miejsca zamieszkania. Nie jest tak, że statystyk dobrostanu zupełnie nie ma, ale nawet GUS tego typu liczby publikuje jako eksperymentalne i robi to niestety bardzo rzadko.3

Nie wiemy, co mierzymy, więc mierzymy naocznie, a tym samym wartość pracy wciąż przegrywa z inwestycjami w budynki, co samo w sobie nie jest złe, ale bywa, że to jedyna inwestycja w kulturę zrozumiała dla samorządu. Najbardziej absurdalne było dla mnie wystąpienie pewnego polityka lokalnego, który kulturę mierzył metrami kwadratowymi i dowodził, że kultury w ten sposób w jego gminie jest więcej. I tak z kilkuset zrobiło się kilka tysięcy metrów kwadratowych, a etatów urosło z 5 do 7 (sic!). Być może rzecz w tym, że budynki to ta część infrastruktury, którą widać, która robi wrażenie i cieszy oko – budynek można otworzyć i napisać o tym w biuletynie i gazecie lokalnej. Tymczasem dobrze zbudowana przez lata świadomość kulturalna i społeczność oparta o wspólne wartości zapewnia także, że ludzie będą widzieli sens we własnych podatkach – od Biblioteki Aleksandryjskiej do dziś kultura jest narzędziem tworzenia silnej tożsamości społecznej. Myślę więc, że ten polityk po prostu szukał miary, którą mógłby to wyrazić.

Co jeszcze widać? Projekty i dofinansowania – bo policzalne, choć wirtualne. Inny polityk, o randze ogólnopolskiej i dobrze umocowany z dumą na Współkongresie opowiadał, jak to on zawsze kazał kulturze w regionie tylko jedno: pisać projekty. Ach! Błogosławione niech będą projekty, gdzie nakupi się sprzętu, który będzie się kurzył. Niech żyją kłótnie o niesprawiedliwe procesy grantowe i wskaźniki, które zawsze trzeba spełnić.

Jakimś cudem najtrudniej w projekcie wynagrodzić dobrą robotę ludzi, którzy taki projekt realizowali – w zasadzie głównych producentów sensu. Wyobrażacie sobie sytuację, w której z klubowych pieniędzy nie można opłacić piłkarza? Ale to jeszcze nie wszystko: bo projekt się wymyśli, ale kontynuacja niemal nigdy nie jest możliwa. I tak opakowuje się w nowe pudełko stare pomysły i stół z poezją staje się rok później poetycką ławą – trzeba nowych grafik, nowych stron internetowych, kolejnych wideorelacji i zdjęć. Produkujemy znowu pracę samą zamiast efektów kulturowych.

A strach tu przypomnieć, że są jeszcze wydarzenia-widmo, na które nie sposób zebrać publiczności, bo choć spełniają wymogi są zwyczajnie nieciekawe – pewnie w każdej instytucji są takie, a skoro są powszechne, to problem jest systemowy, a nie jest nim zła wola ludzi, którzy próbują się adaptować do źle wymyślonej gry społecznej.

Odwrócona hierarchia wartości

Jeśliby kogoś interesowało, co w Google Analytics najchętniej przeglądają ludzie na portalach instytucji kultury, to są to wydarzenia, oferta kinowa i zajęcia stałe. Te ostatnie jednak prawie nie są promowane, bo na nie zwykle nie ma miejsc. Instruktorzy więc pracują pełną parą, a kolejka do dobrego muzyka czy plastyka potrafi sięgać kilku lat. Rynek prywatny tego nie przejmie, bo oferta instytucjonalna jest dużo atrakcyjniejsza cenowo, więc tam, gdzie można by ułożyć jakąś współpracę, mamy sfrustrowanych rodziców, których dziecko szybciej dorośnie niż zagra na gitarze.

Jest popyt, ale nie ma podaży, za to jest dumping, więc sektor prywatny też się tu nie rozwija, bo nie ma warunków. Idę o zakład, że jak to zbadać, to z oferty tej nie korzystają najbiedniejsi, a raczej dobrze sytuowana klasa średnia i wyższa średnia. Bo o jakimś systemie grantowym na konsekwentny rozwój osób w trudnej sytuacji życiowej nie słyszałem.

Za to pamiętam ze szkoły, że stypendia dostawało się za konkursy. Szkoda tylko, że jak w domu jest piekło, to nie wiem jak ci ludzie się do konkursów przygotują. I taka to sprawiedliwość i wrażliwość społeczna na pokaz panuje w naszej cywilizacji. Jak ktoś marzy, to może wielkim wysiłkiem przerwać błędne koło i może już jego dzieci będą miały szansę na dobre warsztaty.

A mimo to nikt się nie zastanawia, jak wielką rolę w rozwoju kreatywności dzieci i młodzieży te zajęcia odgrywają i jak niedoceniona jest praca instruktorska. Dopiero, gdy okazuje się, że nasz dawny wychowanek pracuje dla Facebooka czy Google odkrywamy, jak dobrą robotę wykonaliśmy, towarzysząc mu czy jej w rozwoju. Nie zawsze chodzi przecież o wirtuozerię. W ciągu 10 lat tylko dwoje osób może wygrać konkurs chopinowski, bo będą tylko dwie edycje. Reszta odejdzie z kwitkiem.

Wyzwanie sektora pokazuje badanie warszawiaków z 2011 roku4: 85% osób było wtedy zainteresowanych kulturą, ale barierą nie był brak oferty, tylko brak czasu. Tylko 16% to miłośnicy kultury – ci, którzy odpowiadają za ponad połowę ruchu na wszystkich wydarzeniach. Reszta? 43% pojawia się sporadycznie, raz-dwa razy rocznie, 15% w ogóle nie jest zainteresowanych.

Już wtedy było tak, że spełnialiśmy świetnie potrzeby 16%, resztę osób obsługując przygodnie. Czy to koniecznie źle? Taki rozkład można pewnie ułożyć dla wielu zjawisk. Pytanie jest inne: dlaczego akurat dla tych 16% procent kultura jest taka ważna? Co w instytucjach sprawia, że przyciągają te właśnie osoby?

Zdjęcie dodane przez Adama Borkowskiego do portalu Pexels, przedstawia kamienice i wieżowce Warszawy
Zdjęcie dodane przez Adama Borkowskiego do portalu Pexels5

Informacja kulturalna

A co z komunikacją kulturalną? Nie ma żadnej planowej infrastruktury informacji. Nikt nie uczy się na danych. Sprawdziliśmy trzy kolejne dni w Lublinie na podstawie własnych zasobów (idziemynamiasto.pl) i okazało się, że w Lublinie dzień w dzień oferta kin studyjnych i przy centrach kultury to tylko 2-3% spośród wszystkich ok. 250 seansów dostępnych. Czy ktoś z nas bada, jaką część potrzeb kulturalnych polaków obsługują multipleksy?

Absurdem jest dla mnie wizja kultury, w której łatwiej produkuje się post w mediach społecznościowych (instytucje mają już po kilkanaście takich profili), niż rozmawia z ludźmi. Jeśli chcemy powiadomić o czymś sąsiadów, to trzeba tę wiadomość wysłać najpierw do serwerów za morzem, prawda? Albo ten raz, kiedy usłyszałem, że ktoś ma przykazane, by dzień w dzień robić post, spędzać nad tym godzinę, a później pod postem takim serduszko zostawiają tylko ludzie z tej instytucji – lajki są trzy.

Im bardziej bezpośredni jest kontakt, im dłużej i bezpośrednio kontakty zbieramy, tym sensowniejszą publiczność zbudujemy dookoła siebie. Wspomniane wyżej 16% miłośników to mogą być nasi ambasadorzy, których włączamy w procesy decyzyjne. To może być też brama do innych – poprzez rodzinę i znajomych, czyli najzwyczajniejsze relacje społeczne i więzi, które kultura powinna przecież budować.

Nie wiemy, co dzieje się w naszych miastach. Nie wiemy, co cieszy się popularnością, czego jest za mało, a czego za dużo. Logika fabrycznej produkcji zwycięża po raz setny, zabijając tę mityczną duszę, której ponoć kultura nie chce oddać we władanie liczb. NPS, badanie zadowolenia, zbieranie sygnałów? To są dane, których potrzeba co tydzień, codziennie, nieustannie. Wielki wysiłek badawczy raz na kilka lat jest jak korekta kursu statku po miesięcznej podróży na ślepo.

DataSeanse studyjneSeanse siecioweUdział studyjnych (%)
01.09.202592543,42%
02.09.202582443,17%
03.09.2025102423,97%
Średnia3,52%
Dane zebrane przez portal idziemynamiasto.pl

Wydarzenioza a infrastruktura kulturalna

Właściwie jedyną stabilną kulturalną siecią są biblioteki, ale dla tych z kolei nikt nie zbudował jakiegoś wspólnego systemu, więc trudno stwierdzić czy dostępny księgozbiór jest tym, którego chcieliby lokalni mieszkańcy.

W Polsce działa ponad 7,5 tys. bibliotek publicznych z których w roku 2024 5,4 mln czytelników wypożyczyło na zewnątrz 98,8 mln woluminów księgozbioru. Gdyby to było przedsiębiorstwo, to po takim roku giełda by go ozłociła. Blisko 90% z bibliotek ma katalog online, ale tylko jedna czwarta umożliwia rejestrację przez internet6. Każda biblioteka działa w swoim systemie – nie ma wspólnej infrastruktury danych. Nie ma miar, nie ma miar, nie ma miar.

Nie myślę już nawet o tym, że może dałoby się urządzić jakiś wspólny system informatyczny dla całej kultury (choćby w oparciu o karty biblioteczne). Mamy sytuację, w której inwestycje w technologie polegają często na rzucaniu pieniędzmi w informatyków, zamiast na celowanym budowaniu infrastruktury. I choć bywają jaśniejsze projekty (jak Internetowe Konto Pacjenta), to jednak długa droga przed nami. A sektor kultury jak wiadomo z technologią się nie lubi. Jedyne inwestycje kulturalne w rozwój technologii jakie znam, to absurdalnie złe gry edukacyjne. Stop. Może to nie do końca prawda, bo wielkim sukcesem polskim są biblioteki cyfrowe: Federacja Bibliotek Cyfrowych oferuje możliwość przeszukania 7,1 milionów obiektów ze zbiorów polskich instytucji kultury i nauki w jednym miejscu7. Oto przykład tego, co daje świadoma i konsekwentna architektura kulturalna budowana w kooperacji.

Niestety wydarzenioza powoduje, że infrastruktura kulturalna jest w stanie co najmniej opłakanym – i mam tu na myśli archiwa, sprzęt, pracownie i wszystko to, co jest potrzebne, żeby móc cokolwiek zorganizować. Samorządowiec najczęściej da na budynek, ale kredki to już może kupcie sobie sami. Zróbcie składkę, bo jak się dostarcza kredki, to ciężko jest przy tej okazji przeciąć wstęgę. Kredki są kosztem, nie inwestycją. Gdyby to był startup i mógł wejść na giełdę – wtedy to byłaby inwestycja w PKB! Żeby widzieć rozwój dzieci i młodzieży jako inwestycję społeczną, trzeba mieć spojrzenie szersze niż jedna kadencja.

Techniczni od lat mówią, że powinno się posprzątać archiwa (butwieją), serwery i domeny (koszt kolejnych stron i fanpage’y rośnie z roku na rok), kanciapy (sprzęt już wystaje za drzwi), ale ktoś zawsze krzyknie: więcej wydarzeń, więcej katalogów, więcej ulotek! Niech to wszystko u nas siedzi w magazynach i nie wychodzi, bo wyprodukowaliśmy dużo kultury w tym roku i wszystko to były wymogi projektowe.

Wielu ludzi dawno zamknęło się w swoich pracowniach, a najczęściej jakaś jedna koordynatorka pracuje za pół zespołu i wszyscy jej mówią, jaką dobrą robotę robi, nie dodając, że pracuje za tych, którzy dawno już postanowili, że trzeba sobie tu przysiąść i się nie wychylać.

W Polsce 78% pracowników zgłasza co najmniej jeden z 14 objawów wypalenia zawodowego – najczęściej długotrwałe zmęczenie i brak motywacji8.

Nie ma wspólnej infrastruktury danych, więc mierzymy produkcję, nie efekt. Konferencja Marketing w Kulturze wyprodukowała raz przepiękne, zmywalne tatuaże: „Więcej wydarzeń: Promocja wytrzyma!”

Aż w końcu kiedyś padnie ze zmęczenia.

Czy można inaczej?

Spotykamy we Wniedoczasie cały nowy ruch świetnych menadżerów i menadżerek, którzy próbują temu przeciwdziałać, ale naprawdę mało rozmawia się jeszcze o systemach pracy. Wciąż gasimy pożary, a nie budujemy działające systemy. Zasady lean i agile, DevOps i design thinking, które usprawniły pracę inżynierów, programistów i przemysłu nigdy nie zostały wdrożone do kultury na pełną skalę.

A przecież możemy inaczej. Jeśli przełoży się kluczowe założenia najpopularniejszych praktyk z innych sektorów, to odkryjemy, że są one ideami, które są niezwykle ludzkie i sensowne:

Lean: eliminacja marnotrawstwa. Ile razy produkujemy nowe grafiki, nowe strony internetowe, kolejne wideorelacje do projektów-widm, które nikt nie ogląda? Ile czasu tracimy na pakowanie tego samego w nowe opakowania zamiast skupić się na tym, co działa? Lean w kulturze to pytanie: czy ta praca tworzy wartość dla odbiorcy, czy tylko spełnia wymóg w formularzu? To także przekonanie, że każdy pracownik i pracowniczka mogą się uczyć i mieć wpływ na całkowitą jakość efektów – wystarczy ich posłuchać.

Agile: testowanie i iteracja. Zamiast organizować duże wydarzenie raz na rok, przetestuj format z małą grupą. Zrób jednodniowy mikrofestiwal. Zbierz feedback. Popraw. Powtórz. Zespoły interdyscyplinarne, które uwzględniają zmiany medium – na przykład to, że młodzież wcale nie przestała czytać, tylko czyta coś innego niż starszych panów zatroskanych jesienią życia (taka literatura też potrzebna, ale młodzież lepiej niech czyta young adult).

DevOps: wspólna infrastruktura. Zamiast każda instytucja ma 15 profili w social mediach i własny system zapisów na warsztaty, zbudujmy wspólną infrastrukturę informacji kulturalnej. Systemy, z których uczymy się, co działa. Dane, które pokazują, czego ludzie naprawdę potrzebują i czego szukają. Infrastruktura kulturalna to konieczność i wymóg lepszej oferty kulturalnej, a nie rzecz, którą miło mieć.

Design Thinking: zaczynaj od ludzi, nie od pomysłów. Zanim napiszesz projekt, zanim wymyślisz nazwę, porozmawiaj z mieszkańcami. Nie pytaj ich „czy przyjdą na wydarzenie X”, tylko obserwuj: gdzie się spotykają, co im przeszkadza, czego im brakuje. Design thinking w kulturze to odwrócenie logiki: nie „mam projekt, muszę znaleźć odbiorców”, tylko „rozumiem potrzeby, buduję odpowiedź”. Prototypuj rozwiązania z małą grupą zanim uruchomisz wielki program. Testuj, ucz się, poprawiaj – nie wypuszczaj gotowego produktu, którego nikt nie chciał.

Dziś niestety paradoksalnie to nie kultura jest najbliżej zrozumienia ludzi i ich problemów. Nie dlatego, że brak nam empatii, ale dlatego, że brakuje dobrych narzędzi.

Inne miary suksesu

Zamiast liczyć wydarzenia, możemy mierzyć:

  • Dostępność regularnej oferty: Ile procent mieszkańców ma dostęp do zajęć stałych w promieniu 15 minut?
  • Czas oczekiwania: Jak długo trzeba czekać na warsztaty w najbliższej instytucji?
  • Różnorodność opcji: Ile różnych form spędzania wolnego czasu jest dostępnych w ciągu tygodnia?
  • Satysfakcja uczestników: Czy ludzie wracają? Czy polecają znajomym?
  • Ciągłość: Ile programów działa dłużej niż rok bez konieczności „przepakowania” w nowy projekt?

Badania pokazują, czego ludzie faktycznie szukają: 80% Polaków w 2024 roku było w restauracji ze znajomymi, 72% urządziło przyjęcie dla bliskich, 64% czytało książki dla przyjemności. A wydarzenia kulturalne? Kilka razy w roku9 – jeśli w ogóle mają na to czas. I wtedy chcieliby, by takie wydarzenie było wyjątkowe i ważne dla nich samych. Ludzie szukają spotkań i relacji – także tych, z sobą samym.

Kultura może być wartościową usługą społeczną, misją i inkubacją nowych pomysłów jednocześnie – żaden z tych celów nie znosi drugiego. Więcej! Napędzają się one nawzajem.

Pomysłowe wejście do Młynów Rothera w Bydgoszczy

Co budować?

Ach, gdzie znajdziesz instytucję, w której usiądziesz i spokojnie poczytasz? Gdzie spotkasz się ze znajomymi? Co możesz robić, gdy twoje dziecko będzie siedziało podczas warsztatów? Czy kultura o tym myśli?

Zamiast produkować kolejne wydarzenia, możemy budować tę kulturę nieco inaczej. Wyobraźcie sobie:

  • Infrastrukturę ciągłości: Archiwa cyfrowe, które działają. Sprzęt, który nie kurzy się w magazynie. Systemy informacji, z których naprawdę korzystają mieszkańcy.
  • Przestrzenie spotkań: Miejsca, gdzie można po prostu być – czytać, rozmawiać, pracować – bez konieczności uczestniczenia w „wydarzeniu”. Trzecie miejsce mogłoby być miejscem naszym – tak jak place i parki.
  • Regularność zamiast eventów: Zajęcia, które działają przez lata. Instruktorzy, którzy budują relacje. Programy, które mają czas się rozwinąć i otrzymują wsparcie i nagrodę za ciągłość.

Obawiam się, że mimo wielu deklaracji większość polskiej kultury nie jest kulturą demokratyczną. Na dodatek gdy tylko coś staje się popularne, to zaczynamy nazywać to rozrywką – komiks, estradę, gry wideo, slamy, kulturę hip-hopu. Może czas wreszcie przestać dzielić na „wysoką” i „niską” i zacząć pytać: czy to tworzy wartość dla ludzi? Czy to buduje wspólnotę? Czy to pozwala im się rozwijać?

Przez ostatnie lata organizowaliśmy kongresy, spotkania, sieci. Nowy ruch menadżerów i animatorów kultury już wie, że produkcja wydarzeń to ślepa uliczka. Wiedzą, że trzeba budować infrastrukturę, mierzyć wartość zamiast ilości, pracować metodami, które działają w innych sektorach.

Pytanie brzmi: kiedy dołączą do nich instytucje centralne i samorządy? Bo ludzie nie czekają. Oni już głosują – wybierając Netflix zamiast MDK, Spotify zamiast sali koncertowej, YouTube zamiast lekcji w pracowni. Nie dlatego, że kultura jest zła. Ale dlatego, że nie jest dla nich, więc w ich oczach nic się takiego nie dzieje, a jeśli już nawet się wydarzy, to dowiedzą się za późno.

Jeśli chcemy, żeby ludzie wracali do kultury, musimy przestać pytać „ile wydarzeń zorganizujemy” i zacząć pytać: „co sprawia, że tutaj się dobrze żyje?”. Samorządowcy i politycy centralni, którzy to zrozumieją, zobaczą, że przełoży się to także na dobre wyniki wyborcze. Ostatecznie najwięcej głosów się traci, gdy ludzie czują, że się ich porzuciło, że się na nich machnęło ręką. I to tam rodzi się nowy radykalizm.

Jeśli już mamy coś produkować, to produkujmy dobrostan, mocne więzi, wolność do rozwoju i pielęgnowania tradycji.

Fot. Grażyna Iłowiecka / Na zdjęciach Dąbskie Wieczory Filmowe organizowane przez Miejski Ośrodek Kultury w Szczecinie

Przypisy

  1. Zdjęcie główne dodane przez Bogusława Nowaka do portalu Pexels (przedstawia zespół rzeźb Michała Batkiewicza na Rynku w Raciborzu). ↩︎
  2. GUS, Kultura i dziedzictwo narodowe w 2024 r. ↩︎
  3. GUS, Jakość życia ↩︎
  4. Stołeczna Estrada, Życie kulturalne warszawiaków. Raport z badań ↩︎
  5. Zdjęcie dodane przez Adama Borkowskiego do portalu Pexels ↩︎
  6. GUS, Biblioteki publiczne w 2024 r. ↩︎
  7. Federacja Bibliotek Cyfrowych ↩︎
  8. K. Nowakowska, Zbadali Polaków pod kątem wypalenia zawodowego. Tak źle jeszcze nie było, „Gazeta Prawna” ↩︎
  9. Aktywności i doświadczenia Polaków w 2024 roku. Komunikat z badań ↩︎

Szukasz osób do współpracy?

Sprawdź ich portfolio w Bazie Ludzi Kultury.

2022-05-19 Katowice Pracuj w kulturze 3 Narodowe Centrum Kultury NOSPR fot. Karol Stanczak

fot. Karol Stańczak / NCK

Autor wpisu

Grzegorz Jędrek – jestem autorem bloga o marketingu kultury wniedoczasie.pl i założycielem firmy Wniedoczasie, która specjalizuje się w marketingu kultury. 

Na swoim koncie mam m. in. pracę w miejskim biurze prasowym, zarządzanie komunikacją międzynarodowego Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”, współpracę z Agencją Warszawa, opiekę nad mediami społecznościowymi KUL i budowanie marek lokalnych oraz specjalistycznych. Prowadzę warsztaty, szkolenia i zajęcia na uniwersytecie. Szkoliłem m. in. na zlecenie NCK, IKM, ŁDK, PIK, NIKiDW, NID.

Cieszy mnie literatura, spoken word, humanistyka cyfrowa. Jestem fanem „Star Treka” i „Doctor Who”.