Praca w kulturze to nie misja

Wierzę, że może być lepiej niż jest, ale musimy zacząć od tego, żeby zadbać o siebie, współpracowników i współpracowniczki.

Spis treści

Jest po godzinie 22. Dziecko już śpi, ja jestem po kolacji i teraz zastanawiam się czy wolę pograć w Zeldę czy napisać ten tekst. Pewnie dziś go zacznę. A dlaczego w ten sposób? Bo kurczę, z tego właśnie składa się życie: z kolacji, usypiania, gier i książek, z cieszenia się na jutrzejsze spotkania literackie. Z pracy też, ale nie ciągłej i nie takiej, która wszystko Ci zabiera.

A wierzcie mi, na swojej ścieżce zawodowej spotkałem całą masę ludzi, którym wmówiono, że ich praca jest misją. I takich, którzy naprawdę w to uwierzyli. I takich, którzy mnie do tego próbowali przekonać. Nie oceniam żadnej z tych grup, ale oceniam kulturę która mnie czyniła nieszczęśliwym wykładniczo.

Bo to było tak: młody człowiek, który chciał zmieniać świat, trafiał na kolejne wielkie struktury, które dla dobra wyższego celu, któremu służyły, milczały o swoich problemach, kazały akceptować swoje patologie, powtarzały, że takie jest życie.

I wtedy zrozumiałem, że winien jest język poświęcenia, który pompował całą tę kulturę do jednej, wielkiej, obrzydliwej machiny, w której człowiek nie znaczy nic, bo zawsze jest jakiś wyższy cel: bóstwo, PKB, ratowanie pamięci, pomoc wykluczonym, podnoszenie gospodarki po pandemii.

Gdy zostaniesz misjonarzem, musisz wybierać: naprawić samochód czy kupić coś dziecku. Wziąć to dodatkowe zlecenie czy spać więcej niż 5 godzin? Znieść tego szefa, który krzyczy lub tę pasywno-agresywną szefową czy może rzucić to wszystko, co się wypracowało dla innych dotychczas?

Nie. To nie są moje przypadki. Swoje zachowam dla siebie. Ale Wy pewnie w komentarzach dołożycie jeszcze trochę. Bo praca w kulturze i edukacji to nie jest łatwa robota dla wrażliwych płatków śniegu.

Ja jednak wierzę, że może być trochę inaczej, ale do sprawy musimy też podejść zupełnie inaczej: zacząć od tego, żeby zadbać o siebie, współpracowników i współpracowniczki.

W kolejnych paragrafach napiszę o problemach, które widzę i przedstawię kilka propozycji rozwiązania. Pewnie lepiej by ten artykuł się rozchodził wśród ludzi, gdyby składał się tylko z świętego oburzenia, podlanego sosem z tłoczonej na zimno ironii. Trudno, to nie jest mój styl.

1. Problem z misjonarstwem

Najbardziej mnie przeraziło, gdy ktoś mi uświadomił, że misja może być sposobem radzenia sobie z tym chorym systemem wyzyskiwania. No bo wystarczy uwierzyć, że misja jest prawdziwa: wtedy każdy rodzaj poświęcenia jest święty, uświęcony, szlachetny.

Misjonarze i misjonarki nigdy nie schodzą z posterunku, żołnierze na misji prędzej wysadzą się w zamku (Wołodyjowski Pany!), niż oddadzą ten przybytek obcym, złym, niewiernym. Bo na misji ciągle walczy się z hordami niewiernych. Miłosiernie się ich nawraca, tłumaczy się im nowe zasady rzeczywistości, wbija się w ich święte miejsca flagę nowej przyzwoitości.

Misja nigdy się nie kończy, bo zawsze będą niewierni. Jeśli schodzisz z posterunku, to jesteś tchórzem i czeka Cię ogień piekielny, ty zaprzańcu!

Uważam, że żadna rewolucja, która pożera rewolucjonistów i żadna instytucja ze świętym celem, która czyni swoich pracowników nieszczęśliwymi, nie jest dobra. Co to za czynienie dobra, która traktuje ludzi robiących dobre rzeczy jak śmieci?

Od czego zacząć zmianę?

Chciałbym, żeby tytuł tego artykułu był trochę jak szczepionka. Po prostu przestańmy mówić o naszej pracy językiem religijnym i wojskowym, jeśli nie chcemy czuć się w pracy jak w sekcie lub koszarach. To jest praca, ona ma swój wymiar, ma swoją stawkę godzinową. 

Pomoc innym może być usługą lub produktem. Może to nie jest idealne rozwiązanie, ale idealnego rozwiązania nie ma. A usługa zakłada dobrowolność. Nie trzeba nawracać. Można odpuścić. Usługa czyni z nas hydraulików od kultury. Takich ludzi, którzy naprawiają cieknące krany w naszych głowach. To całkiem szlachetne, specjalistyczne zajęcie, za które płaca się należy.

2. Problem z nadmiarem pracy

„Nie wierzę, że naprawdę to robimy…”. Tak zaczynało się wiele moich myśli przez kolejne lata pracy zawodowej. Na początku myślałem, że to ze mną jest coś nie tak, że to wypalenie zawodowe daje mi się we znaki, że to kwestia depresji. A później czytałem Erica Riesa i Petera Druckera i nagle odkryłem, że ten pierwszy powiedział, cytując tego drugiego:

„Peter Drucker said, «There is surely nothing quite so useless as doing with great efficiency what should not be done at all»”.

A ja Wam zaproponuję własne spolszczenie tej myśli:

Można bardzo ciężko pracować na rzecz zupełnej porażki.

Widziałem całą masę instytucji, które robiły rzeczy siłą rozpędu, reaktywnie, bo tak trzeba. Co z tego, że większość tych zadań odpowiadała na problemy, które nie istniały od kilku lat i blokowała czas, który można by przeznaczyć na szybkie załatwienie rzeczy, które ważne są dzisiaj lub będą potrzebne w przyszłości?

Ważne, że się nie lenicie! A trzeba Was ciągle pilnować, bo przecież Wy byście się tylko lenili. Wcale nie chodzi o to, że w pracy, drukując wniosek do ministerstwa na kolejne 100 000 zł nie możecie przestać myśleć: z czego ja zapłacę ten rachunek? I czy X lub Y się zgodzi żyrować mi pożyczkę remontową?

Od czego zacząć zmianę?

Musimy zacząć pracować tylko tyle, za ile się nam płaci. To nie jest Wasza rola, żeby łatać dziury w systemie swoim własnym poświęceniem. Jeśli ten system trzyma się na Was, to jest on źle urządzony i, zaprawdę powiadam Wam, powinien zostać wymieniony.

Mądre kobiety z działu komunikacji uniwersytetu, z którymi pracowałem u początku swojej kariery, nauczyły mnie jednego: zrób tak, żeby nie być niezastąpionym. Bo jak jesteś niezastąpiony, to nie będziesz w stanie nawet wziąć urlopu.

Róbcie mniej, ale za to tylko kluczowe rzeczy, a szybko się okaże, że świat się nie zawali. Nie mówię tu o tym, że trzeba unikać tego, co żmudne. Ale jeśli kogoś nie stać na dodatkowe godziny Twojej pracy, to nie powinien w ogóle tej pracy zaplanować. I tyle!

3. Problem z usprawiedliwieniem istnienia

Wielu ludzi mówi o tym, że ludzie w kulturze muszą pracować na maksa, bo inaczej się z nich zrezygnuje. Skoro chciałeś lub chciałaś takiej pracy, to teraz pogódź się z tym, że za fajną pracę płaci się niskimi zarobkami. Dlaczego masz mieć lepiej? Kultura nie jest nikomu potrzebna i Twoje stanowisko można usunąć. W ogóle można usunąć całą Twoją instytucję. I zobaczysz: tak będzie, jeśli tylko nie będziesz się poświęcać.

I tak ciągle i w kółko ludzi kultury zachęca się do tego, żeby udowadniali, że kultura jest potrzebna. Bo przecież za chwilkę, już za chwileczkę, wszystkim tym darmozjadom się pracę pozabiera. Ten rząd czy tamten już na Was czyha. Słyszeliście tę słodką śpiewkę nie raz i nie dwa razy, prawda?

Od czego zacząć zmianę?

Warto sobie uświadomić, że każda organizacja pozbawiona prezydenta, wójta, dyrektora czy nawet generała wcale nie upada. Zaraz się znajduje jakiś pełniący obowiązki. A w międzyczasie ludzie organizują się tak, że praca wygląda całkiem znośnie, prawda? 

Tych, którzy straszą, zastąpić da się równie łatwo co innych. Zastępowalni są też sklepikarze, kierowcy, menadżerowie. Oczywiście, że można wyrzucić całe sfery ludzkiej aktywności. Ale to bardzo, bardzo niedojrzałe.

Znam wielu mądrych dyrektorów i dyrektorek i myślę, że te osoby powinny pracować w nowym modelu: w takim, w którym nie chronią pracowników jak niedojrzałe dzieci, ale w którym są głosem swoich zespołów, a nie organizatora.

Bez kultury miasta są po prostu bunkrami na tanich pracowników. Warto czuć siłę, jaką wlewacie w czas wolny ludzi, w ich poczucie tożsamości. Warto zrozumieć, że rodzice i nauczyciele sami wysyłają dzieciaki do Was, że ludzie chcą być wolontariuszami na Waszych wydarzeniach, bo dzięki temu łatwiej im szukać sensu w życiu. A są jeszcze seniorzy i seniorki, tysiące niszowych grup zainteresowań i artystki i artyści, którzy u Was szukają inspiracji.

Nie musicie usprawiedliwiać swojego istnienia!

4. Problem z priorytetami i parametrami

Zauważyliście może, że dużo łatwiej jest wywalić kasę na remont budynku lub budowę pracowni, do której nikt nie przychodzi, niż dać komuś podwyżkę? Nawet wnioski grantowe nie pozwalają wydać zbyt dużych pieniędzy na wynagrodzenia dla osób, które ten wniosek składają.

Ten system stworzył sieć słupów i kombinacji, których nie powstydziłaby się niejedna mafia. Tymczasem Wasza praca jest w dużej mierze pracą umysłową (i zamiataniem podwórka, bo to też ważne).

Mówi się o olbrzymich projektach infrastrukturalnych, promuje się je, a Wy przy tym samym biurku siedzicie od początku pracy. I boicie się poprosić o 100 zł podwyżki. Bo nie ma. Bo widełki stanowiska. Bo samorząd nie da. Bo w tym projekcie nie można Wam zapłacić, bo tak jest skonstruowany. Bo to nie jest dobry moment.

Jestem totalnie przekonany, że Wasze warsztaty miałyby równie dużą wartość w salach pobliskiej szkoły, co w nowo wyposażonej sali. Oczywiście, że wszyscy lubimy ładne przestrzenie, ale co z tego, jeśli w tych przestrzeniach ludzie są tak biedni, jak byli?

Od czego zacząć zmianę?

Musimy zacząć rozmowę o priorytetach w wydawaniu środków publicznych i parametrach w projektach. Bo pierwszą i najważniejszą inwestycją powinni być zawsze ludzie. To nie jest populizm, tylko chłodna kalkulacja. Świadczycie usługi. Można stać nad Wami z batem, żeby były lepsze, ale one tak naprawdę będą lepsze dopiero wtedy, gdy Wy nie będziecie musieli się zastanawiać jak dotrwać do pierwszego.

Związki, kongresy i niekongresy – zacznijcie się troszczyć o swoich ludzi!

Tu bardzo ważna jest też rola grantodawców, którzy chcieliby razem z ludźmi kultury przepracować konkursy grantowe w ten sposób, by środki można było wydatkować w inny sposób.

5. Problem z pozyskiwaniem środków

Wiecie jaki jest problem z kulturą? Że zbyt duża jej część jest za darmo. Wiem, że w to najciężej uwierzyć, ale mamy nieefektywny model dostępności. Widziałem niejeden projekt, który finansował książkę czy aplikację, a jego głównym celem było pozyskanie dofinansowania. I tak grantodawcy stają się pierwszymi (a czasem ostatnimi) odbiorcami działań kulturalnych. Bo płaci się za wytworzenie, a nie za efekt końcowy.

Instytucje kultury powinny mieć solidne i stabilne finansowanie. Ale to finansowanie powinno być uzupełniane przez bilety i zyski ze sprzedaży. A pieniądze z wejściówek powinny iść bezpośrednio do pracowników w formie premii. Wierzcie mi, że to uwolni kreatywność wkładaną w tej chwili tylko i wyłącznie w pisanie wniosków.

Nie jestem kapitalistą, ale wiem, że ludzie starają się zaspokoić potrzeby tych, którzy im płacą. A co z wykluczonymi? Dostęp do kultury powinien być sprawą socjalną: wspieraną przez stypendia i osobne projekty.

Od czego zacząć zmianę?

Potrzebujemy więcej przykładów i case study, w których instytucje zarabiające przekazują swój model innym. I zarówno ta wymiana wiedzy jak i uzyskane zyski powinny być dystrybuowane bezpośrednio wśród pracowników. Bo nie ma nic bardziej irytującego, niż mieć poczucie, że nawet złotówki nie ma się ze swojej, świetnej roboty, a jedyna premia jest rozdawana w walucie watykańskiej.

Model oparty na konkurencji to jedynie ciągła walka o te same pieniądze. Dopiero model oparty o sektorową współpracę pozwala rozwijać cały sektor kultury.

6. Jak to było ze mną?

Osoby, które widziały moje wystąpienie podczas II Forum Pracuj w Kulturze mogą się zdziwić brzmieniu tego tekstu. Bo na Forum mówiłem ludziom, jak można sobie poradzić w obecnym systemie i jak ja sobie w nim radziłem, uciekając do własnej organizacji, przegrupowując się we własnej firmie. A tutaj piszę o tym, że chciałbym zmienić system.

Trudno jest mi napisać, ile było we mnie bólu, gdy opuszczałem sektor kultury i zanim wróciłem do niego w zupełnie nowy sposób. Przez Wniedoczasie chciałem i dalej chcę udowodnić, że można, nie zaprzeczając swoim ideałom i nie odbierając szczęścia swoim najbliższym, pracować nad tym, co dla nas cenne. Pracuję w modelu Druckera: zysk ma po prostu finansować efekty mojej organizacji.

Stąd finansując Wniedoczasie pracą dla ludzi kultury (ogarniając PR i marketing lub szkoląc) zawsze się staram część tej pracy oddawać za darmo w formie wiedzy. I to marketing mnie nauczył, że mój interes i Twój można pogodzić dla wspólnego dobra.

Chcę też jednak, żeby ten sektor się zmienił. Bo ja pamiętam swoją frustrację, swoją złość, swoją depresję. Pamiętam, gdy ktoś na warsztatach pytał mnie: “A co zrobić, gdy dyrektor krzyczy?”. Pamiętam niesprawiedliwości i absurdy.

Nie mam misji. Nie kieruje mną zemsta. Zamiast tego chcę mieć interes w naszej, wspólnej pracy na rzecz ludzkości. Pracy, która zajmie kilka godzin, a później każdy z nas zdecyduje, bez wyrzutów sumienia, co będzie chciał robić po pracy: czy grać w Zeldę czy pisać artykuł, który hajsów nie da, ale i tak wiesz, że jest dla Ciebie ważne, żeby go napisać.

Gdy piszę, że praca w kulturze to nie misja, to nie chcę zabrać Wam poczucia sensu. Uważam, że Wasza praca, tak jak i moja, ma piękny i głęboki sens. I dlatego tak bardzo nie chcę, byśmy musieli się poświęcać i czekać na nagrody po śmierci, gdy moglibyśmy mieć je za życia.

Jest chwilę po północy. Położę się w łóżku, pogram chwilę na konsoli i pozwolę swojej głowie odwiedzić krainę snów. Dbajcie o siebie!

Jestem bardzo ciekaw Waszych doświadczeń pracy w kulturze i przemyśleń na ten temat. Możecie zamieścić je w komentarzach poniżej.

[Jak oceniasz ten wpis?]
[Głosów łącznie: 26; Średnia głosów: 4.7]

Comments

  1. UK

    Dzięki za ten tekst. Słyszę to od lat. Obietnice zmian i porady sypały się na szkoleniach, kongresach i webinarach. Ja się poddałam, albo może dorosłam i przestałam być naiwna. Tęsknię za pracą w kulturze ogromnie i codziennie, ale po zmianie branży nareszcie mam normalne życie i wciąż nie mogę się nadziwić jak wytrzymałam 10 lat w tym kieracie. Teraz mam czas na pasje i zdrowszą głowę. Tylko szkoda, że nie miałam innego wyboru (a próbowałam w kilku instytucjach, w miastach na dwóch krańcach Polski). Jestem totalną optymistką, ale akurat w sektorze kultury nie widzę promyczka nadziei na szybką poprawę sytuacji, bo co z tego, że szkolą się i jeżdżą po świecie animatorzy, jak w lwiej większości przypadków dyrekcja i osoby decyzyjne tkwią w swoich przekonaniach i w ogóle nie kumają w czym rzecz.
    Trzymam jednak kciuki najmocniej na świecie, śledzę wydarzenia i nie wykluczam, że się z branżą przeproszę

  2. IRENA

    Dziękuję, że ktoś w końcu tak racjonalnie opisał pracę w kulturze. Dokładnie mam takie same odczucia i ciągle słyszę, że praca w bibliotece to MISJA 🙂 kiedy proszę o podwyżkę. Po 35 latach pracy, zarabiam najniższą krajową , pozostało mi dwa lata do emerytury:( . Bez komentarza.

    1. Wiola

      Ciekawy temat. Moja droga zawodowa była odwrotna. Pracowałam 20 lat w biznesie, obecnie pracuje w kulturze, konkretnie w bibliotece. Wynagrodzenie za pracę jest nieporównywalne, na korzyść biznesu. Warunki pracy są nieporównywalne, na korzyść biznesu. Struktura i hierarchia jest wszędzie, bo taki model organizacji jest w Polsce najbardziej powszechny. Poziom satysfakcji i zadowolenia z pracy myślę, że jest silnie skorelowany z indywidualnymi potrzebami i konkretnym środowiskiem pracy. Niema co dyskutować o zasadności finansowania kultury ze środków publicznych, bo bez tego kultura byłaby na wiek wieków czymś bardzo elitarnym i to jest oczywiste. No, ale sposób wydatkowania tych środków, tak jak pisze autor, jest już bardzo dyskusyjny. Zgadzam się, że wynagrodzenie za pracę powinno być przede wszystkim godne. To jest absolutne minimum. I o ile taki poziom nie jest trudno określić to sprawiedliwa i adekwatna „wycena” wartości pracy w kulturze to już jest konkretna i chyba dość rzadka kompetencja decydentów. Niezależnie od powyższych rozważań uważam, że praca w kulturze jest na poziomie misji. To trzeba czuć i kochać. I nie do końca trzeba zakładać, że praca na poziomie misji jest zaprzeczeniem ambicji zarabiania pieniędzy. Czego autor wydaje się być najlepszym przykładem. Powyższy artykuł jest tekstem w którym odczytuję przede wszystkim troskę o środowisko kultury, o uzdrowienie systemu, o ludzi, którzy są zazwyczaj bardzo dobrze wykształceni, kreatywni i zakochani we własnej pracy. To też misja. Zwłaszcza, że artykuł został napisany za darmo.

  3. Nuna

    Niestety odeszłam z sektora kultury, choć była to moja wielka pasja, kochałam tą pracę całym sercem. Niestety 2 epizody po 3 lata w teatrach zakończyły się tylko długami z kosmosu. Dzisiaj pracuje w marketingu i zapomniałam o biedzie. Pracuję dużo mniej, zarabiam nieporównywalnie więcej. Ale jakbym mogła wrócić do kultury za nieco mniejsze pieniądze niż mam teraz, ale pozwalające na godne życie, wrócilabym bez zastanowienia. Dziękuję za ten mądry tekst.

  4. NowyŁad

    Artykuł w punkt. Kwestie te są od dawna poruszane , bez skutku. Wiele sfer pracy w kulturze powinno podlegać nowym przepisom oraz uregulowaniom. Za te 'niedopatrzenia’ odpowiada wyższy management organizacji. Co roku a nawet częściej zmieniają się uwarunkowania na stanowisku pracy np. w bibliotece. A pracownik nadal ma tylko dwie ręce, jedną głowę i 8 godzin płatnej pracy. Patologia rozwinęla się w pełni ostatnio , w czas pandemii. Wiele placówek pracowało od maja w realu i online jednocześnie! spełniając 'wymogi’ nowych czasów, Jak można jednocześnie pracować zdalnie oraz w realu w jednym czasie?nieznajomość środowiska i realiów współczesnej pracy przez samych PRACODAWCÓW , organizatorów placówki to największa dewiacja systemu. Chyba że właśnie systemowo chodzi i to, by trzymać nas na najniższych uposażeniach , jak niewykwalifikowaną siłę roboczą. A sami znikniemy, przechodząc do innych branż, a etaty będą ulegały systematycznej samoistnej redukcji ( tak dzieje się już teraz). Płacowy chaos , lekceważenie 'swoich własnych ludzi'( ludzi którzy stanowią kapitał społeczny to żywa patologia. ⚡

  5. Marek

    Proponuje rozwinąć myśl Autora i w ogóle przestać finansować instytucje kultury z środków publicznych. Niech same na siebie zarabiają. Wtedy utworzone zostaną w nich działy marketingu i nie trzeba będzie przechodzić do biznesu, aby w nich pracować.
    Proponuję także nie mylić misji z misjonarstwem, obecnie wszystkie firmy biznesowe wyznaczają swoją misję (nawiasem mówiąc mają one często wiele wspólnego z misjonarstwem lub jakąś formą religii)

    1. Post
      Author
      Grzegorz Jędrek

      Panie Marku, w zasadzie to spodziewałem się takiego komentarza dużo wcześniej. Podkreślę raz jeszcze: absolutnie jestem przeciwny odbieraniu finansowania ze środków publicznych instytucji kultury. Uważam, że takie finansowanie powinno być obecne. Chciałbym tylko, żeby instytucje myślały szerzej, były mniej zależne od organizatora i grantodawców i były lepiej skomunikowane z innymi sektorami. Ale to nie jest najważniejsze.

      Najważniejsze jest dla mnie, żeby ludziom kultury żyło się lepiej niż to jest do tej pory! I to jest clue tego artykułu.

  6. Mateusz

    Bardzo dobry tekst. Niesamowicie trafny w mojej sytuacji. Pracą techniczną (audio, video, światło) dla kultury zajmuję się od ponad 15 lat. Ostatnie 10 lat przepracowałem w toruńskim teatrze dramatycznym. Zrezygnowałem ze posady mistrza pracowni akustyczno-multimedialnej pomimo, że kocham swoją pracę, ale moją żonę i moje dzieci kocham bardziej. Jak, że bliski jest mi teraz ten tekst. Bardzo za niego dziękuję.
    Pozdrawiam serdecznie wszystkich ludzi pracujących dla prawdziwej, wartościowej kultury.

    1. Post
      Author
      Grzegorz Jędrek

      Dzięki bardzo za to, że piszesz. Bo Twój komentarz mówi coś jeszcze wartościowego: gdyby w kulturze dało się pracować, to my byśmy bardzo chętnie pracowali w instytucjach kultury. Opuszczenie mojej instytucji dla mnie też nie było łatwe, ale właśnie: rodzina to też jest wartość dla mnie.

    1. Post
      Author
      Grzegorz Jędrek

      Jeśli pytasz, co ja mogę zrobić dalej, to pewnie niewiele: dalej nagłaśniać temat i pokazywać rozwiązania. Jeśli pytasz co możemy zrobić:
      1. Mówić o pracy w kulturze jako usłudze i pilnować godzin pracy.
      2. Organizować się.
      3. Zmieniać model pracy instytucji i jej cele.
      4. Jasno deklarować, jeśli zdecydowaliśmy się odejść z sektora, dlaczego to zrobiliśmy.

  7. Aga

    Dopiero teraz przeczytałam ten tekst, choć ma już kilka miesięcy. Wszystko ok, ale chciałabym przeczytać bliźniaczy tekst napisany przez osobę kierującą instytucją kultury.

    1. Post
      Author
      Grzegorz Jędrek

      Ja zawsze polecam bloga Anny Rudnickiej. Stanowi świetne wsparcie dla dyrektorów. Sam mam dużo zrozumienia dla pracy dyrektorskiej i wiem jakie ciśnienie na dyrekcję wywierają organizatorzy. Jestem też przekonany, że jedynym rozwiązaniem jest sojusz dyrekcji i pracowników. Bo sektor jest chory i powinniśmy to nazywać. Jedno z najczęstszych zdań, jakie słyszę na prowadzonych przez siebie szkoleniach to „Tu powinien być mój dyrektor”. I to nie jest kwestia złośliwości. Ci ludzie chcą mówić wspólnym językiem ze swoją dyrekcją.

  8. ZaJakieKuźwaGrzechy

    Człowieku, nawet nie wiesz jak zmieniłeś mój pogląd na pracę w kulturze. Jestem młoda i dopiero 3 lata siedzę w tej sferze…nota bene moja instytucja kultury podchodzi pod budżetówkę. Także totalne bagno. Twoje zdanie o tym że nie powinno pokazywać że się na czymś znam uderzylo we mnie najbardziej. Jutro wracam po tygodniu L4 (nadal chora-przeziębienie, nie covid) i obawiam się długiej listy zadań i poleceń. Ale wrócę z nowym nastawieniem. Dzięki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.