Harry Potter i milenialsi, czyli o cyfrowej magii

Źródło: pixabay.com

Jest rok 1997. Majowy poranek. Ręce mi drżą. Przede mną stoi magiczne pudełko z czarnym ekranem. Właśnie trafiłem do świata czarodziejów. Wszystko, co przeczytacie dalej jest pokręconą interpretacją Harrego Pottera i jednocześnie najdziwniejszą apologią milenialsów, na jaką było mnie stać.

Taktowanie zegara: 100 MHz. System operacyjny MS-DOS z interfejsem tekstowym Norton Commander i możliwością przełączenia się na Windows 95. Pierwsza “awaria”? Wyłączyłem ekran i nie wiedziałem, że trzeba go włączyć po ponownym starcie peceta. Magia…

Jeśli wydaje Wam się dziwnym, że niniejszy tekst znajduje się na blogu o PR i marketingu w kulturze, to chciałbym Wam się nieco wytłumaczyć: moją ambicją jest stworzenie metaforycznej ramy interpretacyjnej dla wszystkiego, co zarzuca się pokoleniu Y, czyli milenialsom. Mam wrażenie, że to jedna z najbardziej niezrozumianych grup docelowych, do jakich kieruje się komunikaty.




List z Hogwartu

Swój pierwszy komputer dostałem od matki chrzestnej (znów magia) na komunię i dotychczas jestem jej za to niezwykle wdzięczny. Moi koledzy i koleżanki swoje pierwsze komputery otrzymali mniej więcej w wieku lat 11, wtedy właśnie, gdy dostaje się list z Hogwartu. Tak więc przez dwa lata miałem w niewielkiej miejscowości pod Częstochową mnóstwo znajomych.

Przygoda z Harrym Potterem zaczęła się dla mnie od Harrego Pottera i Komnaty Tajemnic. A potem już dorastałem razem z Harrym, Hermioną i Ronem. W międzyczasie moi koledzy zdążyli wyprzedzić mnie w biegłości posługiwania się pecetem, dużo wcześniej też odkryli czym jest Google. Ja dużo czytałem. Niczego jednak – książek Lema, Tolkiena, kryminałów o starożytnym Egipcie, Wiedźmina, Stendhala, Verne’a, Winnetou czy nawet Pana Samochodzika – nie czytało mi się tak dobrze jak przygód magów z Hogwartu.

Książek tych nikt nie traktował poważnie, co najwyżej mruczało się o jakichś satanistycznych symbolach, które zatruwają młode, katolickie dusze. Nie byłem więc jakoś specjalnie dumny ze swojej potteromanii i wreszcie po czwartym czy piątym tomie rozstałem się z serią. Jak w przypadku wielu subkultur brak mi było zacięcia do czytania kolejnych tomów po kilkadziesiąt razy (do dziś nie wiem, czy moja koleżanka mówiła w liceum na ten temat prawdę; ale czemu miałaby kłamać!?). Ostatecznie całość nadrobiłem już po obejrzeniu wszystkich filmów.

Być informatykiem w tamtym czasie to też nie było jeszcze nic świetnego. To czasy Techników-Magików i gości, którzy z neseserkiem przyjeżdżali do domów instalować ci nowy system. I może tylko mityczni Hakerzy z Angeliną Jolie zwiastowali, że nadchodzi coś niesamowitego. W każdym razie nauczycieli informatyki traktowaliśmy podobnie do nauczycieli przedsiębiorczości. Z życzliwym pobłażaniem.

Wybaczcie, że skaczę pomiędzy latami dziewięćdziesiątymi a dwutysięcznymi, ale tej syntezy nie umiem zrobić inaczej. Chodzi mi o to, że nasz cyfrowy, magiczny świat oddzielał się od świata mugoli nieśpiesznie i niezauważalnie. Nim się obejrzeliśmy, mieliśmy Gadu-Gadu, Grono, Naszą Klasę, kafejki internetowe, Tibię, Counter-Strike’a, OGame. Nasi mugolscy rodzice mieli natomiast we władaniu wtyczki do kontaktów, rachunki za modemy (chwała wynalazcy stałego łącza!) i coraz bardziej zaniepokojone o naszą przyszłość miny. Jak mieliśmy im wytłumaczyć, że ekrany startowe naszych komputerów są każdorazowo jak wrota Hogwartu?

Wynieść się ze świata mugoli

Pewnie, że milenialsi są eskapistami. A jednak na te kilka pierwszych, cyfrowych pokoleń spada taka fala krytyki w mediach, że nie chce mi się już nawet szukać linków. Gnuśni, z wybujałą wyobraźnią i kosmicznymi wymaganiami. Nie doceniają dobrobytu, nie szanują tradycyjnej kultury, piją dziwne rzeczy, słuchają dziwnej muzyki i wyobrażają sobie, że zbawią świat. Vernonie Dursley skończ już pisać felietony do gazet, bo mam ochotę wyrzucić komputer przez okno, gdy kolejny wielki tygodnik opinii publikuje twoje raporty.

Przepaść pomiędzy wartościami pokolenia cyfrowych potteromaniaków a światem czcicieli kina domowego i głównego wydania wiadomości jest tak ogromna, że trudno to sobie wyobrazić. Więc jeśli ktoś spytałby mnie skąd taka popularność Harrego Pottera, a ja spytałem się siebie o to całkiem niedawno, to odpowiedziałbym mu tak jak i sobie, że dzięki tym książkom znaleźliśmy język opisu tego, co się z nami działo.

Pierwsze pokolenie, które wzięło na siebie odpowiedzialność bycia królikami doświadczalnymi cyfrowej rewolucji zaprojektowanej przez swoich rodziców nie miało wyboru: musiało się nauczyć jak wyjść ze schowka pod schodami w przedziwny świat internetu. Później wystarczyło nie dać się Śmierciożercom, nie wydać majątku na Pokątnej, przejść przez kryzys finansowy, zdać Sumy, nauczyć się obsługi telefonu-różdżki, a niektórzy z nas już także zabrać się za wychowywanie kolejnego pokolenia czarodziejów.

Nie, nie obalaliśmy komunizmu, nie żyliśmy widmem galopującej transformacji, ale świat który zastaliśmy był zaprojektowany przez Was dla nas (ale na Waszą modłę), a w międzyczasie gwałtownie zmieniły się warunki gry, całe nasze wykształcenie (co nie dotyczy tylko garstki młodych wilczków z sektora IT) szlag trafił, a my staliśmy się zakładnikami tego wykonanego na chybił trafił eksperymentu.

Oczywiście wciąż można nam zarzucić, jak robi to Jakub Czarodziej, że nie wiemy co to wartości zdobyte przy trzepaku. Przepraszamy Jakubie, że technologia, która transformuje i hipnotyzuje jednocześnie cały świat, okazała się nieco bardziej fascynująca niż podwórko.



Przepraszamy, ale nasze problemy są całkiem realne: trzeba było magii sieci, żeby zrozumieć globalne zagrożenia, które nienawykli do cyfrowego świata w dużej mierze odrzucają (vide: Brexit). To my będziemy musieli się uporać z niezbalansowaną globalizacją, rekonfiguracją tożsamości narodowych, rosnącym zadłużeniem, starzejącą się populacją krajów rozwiniętych, krzywdami wyrządzonymi innym kręgom kulturowym, migracją, uchodźctwem i katastrofą ekologiczną na planetarną skalę. Nie chodzi o to, by kogoś tu obwiniać, ale my naprawdę dość sporo będziemy musieli wziąć na swoje głowy.

Zresztą są tacy potteromaniacy jak Przemek Staroń. Nauczyciel Roku 2018, który łączy pokolenia i cierpliwie buduje niewielki Zakon Feniksa, spotykając ze sobą licealistów i seniorów. Oto sposób milenialsa na uprawianie białej, międzypokoleniowej magii. Kokosów z tego raczej nie ma, ale dzięki niemu Ty masz poczucie, że ktoś gdzieś rzuca raz po raz zaklęcie Expecto Patronum i w tym otoczonym przez Dementorów mieście jest ci trochę lepiej. Ja wierzę, że kiedyś Ministerstwo Magii będzie Twoje, Przemku.



Świat, którego mugole nie dostrzegają

Dla nas, milenialsów wszystko jest szybciej. Musi być, bo w takich żyjemy warunkach. Czasem, by wyjaśnić jak radykalnie zmienia się przestrzeń medialana, w której żyjemy, pokazuję na warsztatach “Rozmowy na nowy wiek”. Odcinek z Czesławem Miłoszem. Mija prawie półtorej minuty, zanim usłyszymy pierwsze słowo Miłosza. Wcześniej jest animowana czołówka, gołębie na oknie, przydługie pytanie. Jeśli do dyspozycji miało się tylko pilot, a programy często się nie powtarzały, to można to było znosić spokojnie. Jednak przyszedł internet. W półtorej minuty zobaczymy dziś trailer blockbustera, w którym ktoś zdąży uratować świat, przejrzymy cały newsfeed na Facebooku, obejrzymy dziesięć InstaStories, przejrzymy cały artykuł na blogu.

Milenialsi muszą przetwarzać o wiele więcej bodźców i informacji. Zarzuca się nam powierzchowność, ale my po prostu nie mamy czasu na gołębie na parapecie. No chyba, że właśnie ich szukamy w zalewie innych informacji. No chyba, że znów zgubiliśmy się w mętnych głębinach sieci. Analizować, wybierać, przetwarzać i nie utonąć – oto nasz stały cykl. Nawet, gdy wchodzimy na Netflix otwiera się przed nami taki ogrom możliwości filmowej bazy danych, że gdyby nie wsparcie algorytmów, żaden ludzki mózg nie byłby w stanie tego ogarnąć.

Nic dziwnego, że świat milenialsów tak dobrze ukrył się przed mugolami: wiemy, gdzie nie dociera telewizjocentryczny mainstream. Nasza Pokątna składa się z fandomów, Reddita, kanałów YouTube, Twitch a ostatnio też z grup na Facebooku.

Na warsztatach mówię też ludziom, najczęściej młodym: I gdy Wasza babcia mówi, że ogląda Telewizję Trwam, bo tam tak wszystko nie pędzi, to mówi Wam coś ważnego: ludzi z pokolenia X i starszych przeraża nowomedialny świat, w którym brakuje im jednej, dominującej osi narracyjnej, jaką dawały mass media, oraz wolniejszego tempa, niezakłócanego serią nieznośnych powiadomień i nieustannym przełączaniem się pomiędzy kilkunastoma kartami przeglądarki (powiedz mi, ile kart masz teraz włączonych, a powiem Ci kim jesteś!).

Świat milenialsów pędzi jak autobus Błędny Rycerz, a nasze wiadomości przypominają “Proroka codziennego”. W digitalnym świecie milenialsów wszystko jest w nieustannym ruchu.

Nic dziwnego, że cała masa gadżetów, miejsc i zdarzeń z czarodziejskiego świata Harrego Pottera posłużyła nam lepiej jako wyjaśnienie zmieniającego się radykalnie, cyfrowego świata niż jakiekolwiek inne dzieło.

Wciąż się przecież powtarza, że nowe technologie dla tych, którzy widzą je po raz pierwszy, wydają się magią (to trzecia z zasad Arthura C. Clarke’a, jak się właśnie dzięki Wikipedii dowiedziałem) .

Dzięki Harry’emu Potterowi milenialsi wyszli ze swojej skrytki pod schodami, wydali się sobie mniej dziwni, mniej nienormalni: U Rowling czarodzieje wydawali się mugolom gnuśni, choć zajmowali się sprawami najważniejszymi w swoim świecie. I to tyczyło się nas także: roztrzepanych, rozkojarzonych, w dziwnych ubraniach i ceniących bardziej swoje różdżki (komputery i telefony) niż status, jaki daje wypasiony samochód. Trudno wyjaśnić rodzicom, że człowiek chce zostać aurorem. Jeszcze trudniej, że chce być cyberaktywistą.

Zrozumieć, że współczesna prędkość informacji stworzyła świat oparty na zupełnie nowych i nie do końca wciąż odkrytych zasadach. Odkryć, że do bezpiecznych podróży po tym świecie potrzeba innego zestawu wartości. Pogodzić się z tym, że ogrom informacji skaże nas na wieczną niepewność. To są wyzwania równie ciężkie, jak te, przed którymi staje młody, zagubiony czarodziej i jego wierni towarzysze.

Magiczne heurystyki

Jestem wielkim fanem heurystyk. Bo są sposobem twórczego rozwiązywania problemów. Nie dają gwarancji pewności, nie zawsze wiodą do prawdy, ale pomagają żeglować po nieznanych wodach. Być twórczym. Pewnie dlatego znalazły swoje zastosowanie w informatyce. Oto lista kilku czarodziejskich heurystyk, których dostarczył milenialsom Harry Potter. Można je też po prostu traktować jako sposób na myślenie o współczesnej rzeczywistości medialnej.

Sowy jak komunikatory

Uwielbiam ten moment w pierwszym z filmów, gdy sowy pokrywają pół Privet Drive. Harry kochał swoją sowę, a ona była mu niezwykle wierna. Była to też jedna z najbardziej osobistych relacji Harrego. Czarodzieje wykorzystywali sowy do codziennej komunikacji, bo były niezawodne. Trafiały wprost do adresata i zawsze potrafiły go znaleźć. Tak właśnie działają komunikatory takie jak Slack, Messenger, WhatsApp. Pozwalają na prywatną i bliską komunikację. Sowy nie są może tak szybkie, ale na pewno podobnie niezawodne i bezpośrednie.

Domy Hogwartu, a społeczności i fandomy

Gryffindor czy Slytherin? Star Trek czy Gwiezdne Wojny? A może jakiś zupełnie inny i dziwny fandom jak ten BoJacka Horsemana? Albo po prostu “Pszczelarze amatorzy”, fani motocyklów lub chustomatki? Coraz częściej nasza obecność w sieci jest powiązana z jakąś sieciową społecznością. Facebook zmierza w tę stronę budując swoje Grupy. Wspólne wartości dzielone z ludźmi poznanymi w sieci są jak wartości poszczególnych Domów w Hogwarcie. Pozornie mają się nijak do tego, co dzieje się poza siecią. No chyba, że właśnie organizujemy wspólne spotkanie albo po prostu zauważymy na ulicy kogoś, kto jest w naszej bandzie. Myślę, że osobny tekst poświęcę temu, jak rozjeżdżają się nasze społeczności online z lokalnymi społecznościami, w których żyjemy.

Quidditch jak e-sport

Myślicie, że Turniej Trójmagiczny albo Quidditch były przekombinowane? W trzeciej minucie tej ceremonii otwarcia e-sportowej gry League of Legends na stadion wlatuje wirtualny smok. Milenialsi wiedzieli to, co pokolenie Z, tylko wcześniej: kiedyś Tibia będzie klasykiem.



Piłka nożna, ten mugolski sport, nie zniknęła z powierzchni ziemi. Jest piękna. Tak jak i lekkoatletyka. A jednak e-sport ma w sobie coś z magii. I niesie ze sobą emocje równie wielkie, co pięć goli Lewandowskiego, które oglądam sobie, gdy jest mi smutno. No właśnie. Oglądam na YouTube. Tak jak i ogląda się Let’s Play i ludzi grających w gry na streamach na Twitchu.



Śmierciożercy ukryci za nickiem

Hej, wiecie co w tym pokoleniu było wyzwaniem? Zrozumieć, że są też źli ludzie, którzy czekają na nas w naszej ukochanej sieci. Trolle rozbijające społeczności, hejterzy, frustraci. Ale przede wszystkim Ci wszyscy ułożeni na co dzień, poważni ludzie, którzy czasem tylko zakładają na twarze maski z nicków. I ci, którzy zamawiają fałszywe komentarze, wsączają w sieć brutalną i całkiem realną przemoc, dzielą, łowią, rozgrywają swoje sprawy. Dla milenialsów sieć stała się ich ukochanym miejscem. Ciężko było się pogodzić z tym, że nie jest to miejsce niewinne. Gdy nasi rodzice, zatroskani o nas, widzieli tylko ciemną stronę mocy, my jedynie ocieraliśmy się o nią widząc potencjał białej magii. Rozczarowanie przyszło później. Najpierw była walka o Hogwart: arabska wiosna, ruchy Occupy. Dziwnie dziś brzmią pełne nadziei książki Castellsa. A jednak to pokolenie wciąż jeszcze myślę wierzy, że to jasna strona zwycięży.

Myślodsiewnia

Mój ukochany przedmiot z gabinetu Dumbledore’a. Gdy się jest dyrektorem Hogwartu ma się dużo na głowie. Cały wysyp programów do zarządzania takich jak Trello nie jest przypadkiem: to reakcja na czasy, które wymagają szybkiej selekcji, jasnego planu i walki z gonitwą myśli.

Ulica Pokątna a e-commerce

Ulica w Londynie, gdzie można dostać to, czego nie dostanie się nigdzie indziej, tak? Zbiór małych, niszowych sklepików, które obchodzą tylko czarodziejów. Oto najlepsza metafora e-commerce z jego długimi i wąskimi niszami – zdrowa żywność, ubrania z niewielkich serii, figurki, książki z drugiego końca świata. Wszystko to na Pokątnej i w sklepach online.

Wszystkowiedzące ministerstwo

Są też inne metafory w Potterze. Jak wtedy, gdy dostaje listy o wydaleniu z Hogwartu i czytelnik nie wie jak Ministerstwo Magii go znalazło. Ministerstwo ma przedziwną rolę w książkach Rowling. Pełne dobrych ludzi, ale też przejęte przez Śmierciożerców. Narzędzie wszystkowiedzącej władzy pełne sekretów i jednocześnie kręgosłup magicznego świata. Jesteście za bezpieczeństwem czy wolnością w sieci? I co rząd Twojego kraju powinen o Tobie wiedzieć?

Skrzaty jak ci, których pracy nie widać

I jeszcze jedna metafora, która znika gdzieś w filmach. Harry, Hermiona i Ron długo myślą, że ich jedzenie magicznie pojawia się na stołach znikąd. A później odwiedzają ciężko pracujące skrzaty. Cóż za lewackie idee, że ktoś pracuje na nasz dobrobyt!

Różdżka jak smartfon

Jak ja lubię scenę, gdy Harry wybiera różdżkę. Różdżka to atrybut czarodzieja, dzięki któremu dzieją się cuda. Czasem bardzo proste cuda. Wiecie… czasem gdy wieczorem robię sobie przed snem obchód mieszkania zapalam latarkę w telefonie i mam ogromną ochotę szepnąć lumos. Bo nasze smartfony pozwalają nam na magiczne sztuczki: nawigują, pozwalają rozmawiać na odległość twarzą w twarz, chwytają chwile, dostarczają wiedzy i rozrywki. Magia sympatyczna. Magia cybernetyczna.


Chłopiec, który przeżył dość dużo, genialna dziewczyna i wierny Ron

Przez cały cykl Harry Potter jest zagubiony. I wie, że jego los wybrał za niego ktoś inny. Ktoś, kto żył wcześniej. Musi się odnaleźć w tym świecie. Jest mugolem i czarodziejem jednocześnie. Tak jak całe pokolenie Y, jak millenialsi. Gdy przejdzie swoją drogę wie, że kolejne pokolenie (pokolenie Z) wszystko to, co dla Harrego było nowe, przyjmie jako zupełnie zwykłe i normalne.

Ciekawy jest dobór przyjaciół Harrego: dużo od niego inteligentniejsza, silna kobieta i chłopak, któremu w domu się nigdy nie przelewało. Rowling stworzyła idealną trójkę bohaterów dla przyszłych hipsterów.

Mógłbym jeszcze wiele elementów poddawać takiej interpretacji. Liczę jednak trochę na to, że wy też w komentarzach tu czy na Facebooku dorzucicie kilka pomysłów od siebie. Nagrodą niech będzie po 5 punktów dla Waszych Domów za każdy pomysł. Niezależnie czy jesteście z Gryffindoru, Ravenclaw, Hufflepuff czy nawet ze Slytherinu.

Przeczytałeś? Przeczytałaś? Bardzo, bardzo będę wdzięczny jeśli zostawisz komentarz tu czy na Facebooku. Dzięki temu wiem, że to pisanie ludzi obchodzi. Z góry dzięki!


[Jak oceniasz ten wpis?]
[Głosów łącznie: 5; Średnia głosów: 5]

Comments

  1. Klaudia

    Ten. Wpis. Jest. Świetny. Przeczytałam cały z ogromnym zaciekawieniem. Przedstawiłeś naprawdę ciekawą metaforę. Rzeczywiście pokolenie Y jest bardzo krytykowane. Niestety, często zapomina się, że ktoś to pokolenie stworzył i wychował oraz o tym, że będzie ono prawdopodobnie musiało ratować tę naszą biedną planetę. W życiu bym nie wpadła na to, żeby porównać to wszystko do Harry’ego Pottera. No i… bardzo rozbawiła mnie wizja Vernona siedzącego w jakimś burym biurze i stukającego wściekle w klawiaturę! 😀

    1. Post
      Author
      Grzegorz Jędrek

      Dziękuję. Cieszę się, że dobrze się czytało tym bardziej, że pisanie tego wpisu sprawiło mi wielką frajdę. To jest najfajniejsze, co można zrobić dla autora tekstu: napisać który fragment się czytelnikowi czy czytelniczce podobał. Ogromne dzięki, że chciało Ci się skomentować 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.